Palimy mosty…

Patrzymy jak plonące szczątki spadają w dół. Przerażeni i zafascynowani jednocześnie. Chcielibyśmy pobiec ugasic płomienie ale wola nie trafia do naszych nóg. Stoimy wpatrzeni jak żywe posągi.

Palimy mosty…

Jeden za drugim zwalają się w ciemny rzeki nurt. Z ust wylewa się potok niemych słow. Drżymy zamarli, nieskładni a nasze arterie wypełnia strach i ból. Patrząc na mosty łamiące sie w pół.

Palimy mosty…

Z życia najokrutniejsze z chwil. Gdy łączące nas mosty pożera ogniem pożoga naszych win. Gdy fałszywe żale i zwodniczy gniew rwą na strzępy serca i dech. Znika głęboki, spokojny sen.

Palimy mosty…

Naiwnie wierząc, że to dwa światy trwale rozdzieli. Że szczątki się rozpłyną, rany zabliźni czas. Że powstaną przestrzenie. Ogrom przestrzeni pozbawionej istnienia Ciebie i mnie – Nas.

Palimy mosty…

Spalić mosty by życ. Jak złudnie wydaje się to latwe. O wiele łatwiejsze gdy tak trudno jest kochać… Kochać w świecie leżących jedna przy drugiej, tuż obok siebie, samotnych wysp…

 

 

Zabiorę Ciebie dziś do moich snów
Będziemy jak gdyby nic razem znów
Trzymając Twoją dłoń poprowadzę Ciebie
Naszą ulubioną ścieżką na polanę uniesień

Będę patrzył jak wiatr rozwiewa Twe włosy
Jak do pełnego słońca lekko mrużysz oczy
Powoli zdejmę Twoją letnią sukienkę
By ubrać Ciebie w moje ramiona i ręce

 

4 U D.

 

Czas… Wszystko nim uwarunkowane. Dzien, noc, radosc, smutek, zycie, smierc… Wszystko. Zatrzymalem sie w miejscu gdzies w swiecie. Osiadlem. Ale czuje pod stopami swedzenie bo zycie w ruchu zakorzenilo sie we mnie. Dobrze jest czasem zatrzymac sie dla zlapania oddechu, dla chwili zastanowienia czy zadumy ale mnie to juz meczy. To co mnie bylo w stanie zatrzymac i zakorzenic odeszlo wraz z nia. Nikt po tym nie potrafil wskrzesic we mnie woli powiedzenia sobie ze juz dosc wedrowek.

Jednak jest cos co mnie niepokoi. To przestrzen w okol mnie pozbawiona wartosci, czegokolwiek dajacego wole walki, sile. Ktos nazwalby to moze samotnoscia. I moze by mial racje… Ale to dotyczy ludzi ktorzy tetnia emocjami, pasja. Ja coraz mniej taki jestem. Coraz mniej mnie porusza. „Byc” zaczelo przegrywac i jest spychane na rzecz „konsumowac”, nie „miec” bo nie zalezy mi na posiadaniu ale wlasnie by cos pochlaniac. Praca? Isc, zrobic swoje, wracac. Dom? Odpoczac, cos zjesc, ogarnac syf. Znajomi? Jakos tego nie widze.. Sa wyjatki, fakt. Ale oddalilem sie od tych wyjatkow a one ode mnie. Taka miedziano-wlosa N-S dla przykladu – zywy magnes, zrodlo magii. Czy taki Pan Ch z ktorym kazde scierwo smakuje wybornie a kazde spotkanie jest jak wedrowka po Ukladzie Slonecznym. Pani I jak siostra czy Pan B jak brat…

Mam coraz mniej pytan do swiata, coraz wiecej obojetnosci na wszystko. Coraz mniej mi zalezy…

…a jednoczesnie rozbija mnie pustka w okol. Pustka, ktora stworzylem ja sam…

Zamykając oczy do snu tak zupełnie oczywiste jest dla nas, że rano ponownie je otworzymy. Tyle w nas tej pewności, że nawet jeden neuron w naszej głowie nie drgnie że może jednak nie. Stal naszej wiary jest wyjątkowo twarda. Do czasu…

Życie. Nasze życie. Moje. Twoje. Ich. Festiwal podróży nieprzewidywalnych. Fajerwerki pragnień, marzeń. Żywioły emocji. Smaki zbiorów plonów naszych decyzji. Wróżby jutra. Echa wczoraj.
Wszystko co ma miejsce, co w okół nas, ma znaczenie. Jakie? To zależy jakie nadamy. Punkt widzenia. Każdy ma swój. Zależnie od priorytetów. Jeśli są. Jeśli…

My. Wytwory własnej wyobraźni. Jesteśmy nimi. Wytworami. Może właśnie dlatego tak bardzo boli kiedy w końcu, w jakiejś chwili, stykamy się ze światem realnym. Światem absolutnie nieplastycznym. Niewrażliwym. Surowym. Jak kiedyś, teraz, później. Niezmiennie.
Czasem aż trudno uwierzyć jak wielką jest moc tego punktu stycznego. Moc zdolną wystrzelić dowolne życie w jakikolwiek skrajny rejon naszego pojmowania rzeczywistości. Jakże wtedy stajemy się śmieszni z tą swoją wiarą we władzę nad własnym życiem.
Istnieje tylko jedna rzecz którą możemy władać. Jest nią skala naszej naiwności pomiędzy kolejnymi splotami okoliczności.

Miesiace leca blyskawicznie zamieniajac sie w lata… Ja wysylam Ci myslami kazdej nocy „Dobranoc” na ktore odpowiada mi cisza. Ty mi wysylasz maile i ja Ci ta cisze oddaje…

Chcialbym moc jeszcze kiedys Ciebie zobaczyc wlasnymi oczami, poczuc Twoja glowe na moim ramieniu, nasiaknac Twoim zapachem, uslyszec Twoj glos… Ale nie wiem co mialbym Ci powiedziec. Bylo by mi wstyd… Bo nie mam czym zablysnac. Tylko to zwykle zycie. Lzejsze, to fakt. Ale dalekie od szczescia.

W koncu to wszystko odmienie. Osiagne cos z czego moglbym byc dumny przed Toba. Bo i Ty powinnas miec powod do dumy, ze nie upadlem, nie poddalem sie tylko zyje pelnia zycia, godnie.

Mam wiec motywacje, mam i cel.

Wierze, ze jestes szczesliwa, ze spelniasz sie w zyciu. Przekopuje net w poszukiwaniu czegos o Tobie i cieszcze sie jak glupi srubka gdy cos w koncu znajduje. W pracy odnosisz sukcesy, awansujesz zawodowo, doskonalisz sie. Wspaniale! Masz pasje i zarobek w jednym. Malo kto ma tyle szczescia…

Tesknie. Jak jasna cholera…

Minął rok „z okładem” odkąd porzucilem Polskę. Wyjeżdżałem do „El Dorado” ale zszedłem już z obłoków na ziemię. Wiem gdzie jestem i aż za dobrze wiem z kim obcuję. To że tutejsi ludzie są inni mnie nie dziwi. W końcu inny kraj, inne zwyczaje, mentalność. Albo człowiek to zaakceptuje i się dostosuje albo nie ma tu czego szukać chyba, że ma jakiś istotny powód by się męczyć.
Mimo upływu czasu ciągle zbyt mało jeszcze wiem o mojej nowej ojczyźnie ale za to bardzo dużo dowiedziałem się o samych Polakach. Może się wiele osób obruszyć złorzecząc ale prawda jest nieubłagana. Przykro mi to mówić jednak faktów nie zmienię…
Już na samym początku uprzedzono mnie żebym trzymał się jak najdalej od krajan co wtedy przyjąłem za dość przesadne. Czas jednak zrobił swoje.
Nie, nie będę wciskał kitu, że mam się super i świetnie, że zarabiam furę kasy w sumie za nic. Tyram jak wół zalewając się potem aż po czóbek głowy. Czasem niemal na pięści szarpię się z innymi Polakami bo jestem niebezpieczną konkurencją i nie mam zamiaru odwalać przekrętów czy innych numerów tylko dlatego, że mamy to samo obywatelstwo a „grupa zobowiązuje”. Nie przyjechałem tu by się grupować tylko po lepsze życie. Może nie szczęśliwsze ale lżejsze. A co do pracy to tak – jestem dobry w tym co robię i nie – nie pochlebiam sobie. Szkoda tylko, że scieram się za psie pieniądze ale to już mój problem. Wyznaję zasadę: „Masz to na co się godzisz”. Ciągle sobie wmawiałem, że dam radę, że aby tylko się ustawić, bla bla bla… Miarka sie przebrała. Teraz już jednak jestem samowystarczalny i bogatszy o  wiedzę, która mimo gorzkiego smaku jest bezcenna jeśli chcę się ustatkować. Tak więc zmieniam co powinienem.
Dodam tylko jeszcze, że nie mogę pojąć jak można tu żyć przez pięć czy osiem lat i egzystować tylko w obrębie jednej ulicy? Nie wiedzieć gdzie jest kino, teatr, jakieś muzea czy zabytki lub miejsca widokowe. Polacy stworzyli tutaj sobie niewidzialne getto. A to co po za nim traktują jak dzicz krwiożerczą i czychającą na każdego kto się wychyli. Że się tak wyrażę w tutejszym powszechnym, spolszczonym stylu: „No wiesz k**wa, amejzing!”

 

 

Jestem daleko. Daleko stąd jestem. Ocean w okół mnie.
Choć jednak ciągle tu. Myślami.
Gdzie indziej ciało, gdzie indziej duch. Wiele tysięcy kilometrów od ucieranych latami ścieżek, opatrywanych miejsc najbliższych sercu wspomnieniami…
Naszych miejsc.
Choć wiem, że Ciebie tu nie znajdę to niepokojąco często trawi mnie nadzieja, że nagle wyłonisz się zza rogu mijanego domu, że będziesz stała po drugiej stronie ulicy…
Żyję swoim nie swoim życiem. Podejmuję decyzje, których nikt nie przewidywał. Niby to wszystko po to, by w końcu naprawić ten mój szwankujący mechanizm życia…
Ciągle jednak jest tak, jakbym oglądał na wielkim ekranie film. Niezwykły seans na temat uciekania od miłości, od wszystkiego co ją przypomina.
Ale jak uciec od tego co we mnie, w moich myślach i sercu…?
Od samego siebie uciec jednak nie potrafię…
Czasem brakuje mi sił na to by na chłodno, każdego dnia, mierzyć się z tym co za mną.

Tak więc daleko stąd żyję, bo tak trzeba, bo muszę trwać, bo taka jest moja powinność. Zaplątany w swych słabościach, staram się odnaleźć odpowiedź na to co dalej.

I wiem, że w końcu znajdę odpowiedź.
Po prostu wiem…

Serce – największy fałszerz rzeczywistości…

Święta już nie są takie jak kiedyś. Żyjemy coraz szybciej, intensywniej,
jesteśmy z każdym rokiem bardziej zmęczeni, zabiegani… Dlatego może
cała Bożonarodzeniowa tradycja ograniczać zaczyna się do szybkiej
wieczerzy, a po niej do rozszarpywania prezentów. W ilu domach jednak
nadal kultywuje się nade wszystko nie wyżerkę a ciepło rodzinne w
gronie tych, którzy na codzień nie mogą być obecni?
Dlatego życzę Wam całym sercem by choć trochę tego rodzinnego ciepła rozgościło
się w Waszym domu i by roztopiło jak najwięcej trosk i zmartwień, które
czarną chmurą wiszą na codzień nad głowami. Życzę też Wam by był to
przede wszystkim WASZ CZAS, który będziecie mogli przeznaczyć tylko dla
siebie tak by załagodzić niedostatki.

Mam nadzieję, że szczęście zagości w Waszych sercach, czego życzę ze wszystkich sił…

Pięknych, spokojnych Świąt Bożego Narodzenia!
:)

„b-n”

Ludzie, którzy nas najbardziej ranią, najczęściej dają złudzenie
akceptacji, życzliwości i chęci pomocy. A że każdy z nas, wcześniej czy
później, szuka podpory to daje się nabrać na takie „ludzkie toksyny” bo
wtedy jest najsłabszy i najmniej ostrożny. Sposób na radzenie sobie z
tym każdy musi znaleźć samodzielnie i nie ma to znaczenia jak doskonały
lub nie, ów będzie. Mi jakoś to wychodzi, choć „toksyny” czasem same wracają
i czasem trzeba zaczynać od nowa ten cały proces odtrucia. Jakoś tak
jednak się samo dzieje, że za każdym kolejnym razem „toksyny” działają co
raz słabiej. Może poprostu wystarczy trochę czasu by się uodpornić?
Po za tym, nie warto otaczać sie ludźmi tylko dlatego by nie doświadczać pustki w okół siebie i nie czuć
samotności, bo to właśnie przyciąga kolejne i nie wiadomo jak złośliwe
„ludzkie toksyny”…

4U D.


  • RSS