Wpisy z okresu: 9.2008

Tak niewiele potrzeba…

…dwoje ludzi… a może bardziej to co ich łączy… i patrzeć na to móc, i czuć, i wdychać jak pierwsze powietrze pełnią płuc, i żyć tym, i myśleć, i pragnąć, i wierzyć, że mi też to sądzone, że nie minęło, nie uleciało w nieznane, nie przepadło, że jest… tak jak tych dwoje przede mną, w ręki mej zasięgu, namacalni, żywi, prawdziwi… są!

Tak niewiele mi potrzeba…

…by czuć się szczęśliwym…


Ich dwoje…


Ew, Bartek…

…to była piękna niedziela…

…dziękuję.

Sercem z Wami

:)

 

Jakie ma dla nas znaczenie obecność człowieka? To poczucie, że jest na wyciągnięcie ręki jeśli zaszłaby taka potrzeba lub ot tak.
Ktoś kto jest i myśli nieustannie o nas, żyje naszym życiem, naszymi sprawami, problemami, tym co dobre i co złe, naszą świetnością i naszym zmierzchem – ile ktoś taki dla nas jest wart?

Czy oczekujemy od niego idealności czy wystarczy nam to, że istnieje nawet jeśli ma wady?

Czy służy nam jedynie za trampolinę kiedy jesteśmy na dole, czy podzielimy się też z nim naszym miejscem na piedestale?

Czy cokolwiek znaczy ten ktoś kto wyciąga ku nam swoją dłoń oferując poprostu własne istnienie kiedy nasze życie robi się puste?

Ile jesteśmy skłonni mu wybaczyć kiedy nie jest taki jak zwykliśmy od innych tego oczekiwać kiedy gotów jest dać z siebie to wszystko?
Czy naprawdę lepsze jest zmaganie się z chwilą (?) własnej słabości, zwątpienia w pojedynkę niż podzielenie tego razem z człowiekiem który jest tuż obok i kieruje się czystością zamiarów płynących prosto z serca?

Więc jeśli jest ktoś kto przyjmuje nas takimi jakimi jesteśmy z naszym „tak” i „nie”, z naszym „dobrze” i „źle”, z naszym „wszystkim” i „niczym”, i jeśli podąża swymi myślami tuż obok nas nieustannie życząc nam jak najlepiej…

…czy potrafimy to docenić czy też odgrodzimy się od niego skorupą własnych uprzedzeń?

Ktoś kto jest i myśli nieustannie…

Ktoś kogo obchodzi to kim jesteśmy…

Warto się rozejrzeć dokoła siebie bo może właśnie tuż obok jest rozwiązanie…

…i może właśnie na nie patrzysz…

Miałem wielkie ale tylko jedno serce… Każda kobieta, która potrafiła do niego dotrzeć dostawała wszystko. Teraz wiem, że niekoniecznie to było tym co czyniło ją spełnioną. Więc kiedy odchodziła z mojego życia zabierała ze sobą też skrawek mojego serca…

Może… i rzeczywiście patrząc z boku na to co robiłem po rozstaniu z ostatnią, zabrakło w tym…klasy, umiaru, rozsądku, cierpliwości…
Może… i rzeczywiście uczyniłem z siebie pośmiewisko, obiekt pogardy… i co jeszcze…nie wiem…
Kiedy traci się miłość nic nie jest ważne…instynkty ulegają zaćmieniu…

Ona…


Ostatni skrawek serca…


Jakoś nie specjalnie jestem skłonny wierzyć, że są ludzie którzy zawsze idą pełna mocą i od czasu do czasu każdemu może sie zdarzyć spadek „napięcia zasilania”.
Mi wypadło tak dzisiaj.
Nie, nie ma żadnej katastrofy, nie ma co przesadzać. Poprostu coś w środku nie ciągnie jak zazwyczaj. Trudniej zebrać jest myśli, szybko działać i jakoś tak w ogóle troszkę się stoi z boku. W ostatnim czasie musiałem się naprawdę solidnie wysilić by zmierzyć się z kilkoma bardzo dla mnie ważnymi sprawami, problemami.
Poszło…
Zdałem sobie sprawę z paru rzeczy które jakoś do mnie wcześniej ni cholery trafić nie chciały.
Noo… nie powiem, że nie przyklękłem…
Cóż jednak, życie sobie leci dalej a ja nie mam zamiaru odpuszczać bo mimo bardzo wielu niedostatków mam jednak i tak sporo więcej niż niejedni a to warto i należy cenić.
Przede wszystkim trzeba mi było zrozumieć, że lokuję niemal całą energię w sprawę która przez to przynosi odwrotne efekty od oczekiwanych. Lepiej bym wyszedł na tym, a może i nawet po myśli, gdybym zwyczajnie zostawił rzecz upływowi czasu ale nie, ja musiałem sie zaprzeć. No i co mam…? Stertę naprawdę niepotrzebnych nerwów i nadwątlone poczucie godności.
Kiepski bilans… Nic nie stało przecież na przeszkodzie by trwać w tym co mi tam w sercu i duszy gra a jednocześnie robić to co należy…
Czasem trzeba sięgnąć jakiegoś tam swojego dna by dopiero się zaiskrzyło w szarych komórkach. Dziwię się sam sobie bo dopiero tak niedawno pisałem że nic na siłę… Trzeba mi było się do tego stosować.
Ech…szkoda słów.
Teraz energię kieruję w dopełnienie moich zaległych spraw bo dopiero jak zmieniłem swoje nastawienie to okazało się, że jednak można coś załatwić i uwolnić się w jakiejś części od niechcianej przeszłości jeśli się naprawdę tego chce. Ponad to zmiana pracy też wymaga mojej uwagi. Tak, mam, znalazłem już nową pracę choć przyznaję, że traktuję ją jako przejściową i szukam lepszych ofert a jest ich kilka i czekam na odpowiedzi na moje zgłoszenie. Jednak przynajmniej nie będę siedział bezczynnie. W kwestii zdrowia czeka mnie jeszcze tylko kilka badań ale to już raczej formalność. Tak więc mam co robić i w co wkładać siły.
Podsumowując może to i nawet dobrze, że mam dzisiaj taki cichszy dzień. Dzięki temu złapię na spokojnie oddech i popędzę dalej ;)

Hmm  :)

Niepokonany…

Mam dość siły by padając na kolana po jakiejś porażce podźwignąć się i iść dalej choćbym padał wielokrotnie, by znosić kpiny, drwiny i brak szacunku tych co są w obec mnie nieszczerzy, nieuczciwi…
Mam dość siły i odwagi by nie wstydzić się własnych słabości, uczuć, pragnień i nadziei.

Ponad to wszystko…


…mam wystarczająco dużo siły
 by nie musieć szukać jej
w słabości drugiego człowieka
 i przede wszystkim dość rozumu
by nie czerpać satysfakcji i korzyści z potknięć czy upadków innych.

Każdy człowiek jakiś jest. Robi coś czy żyje w określony sposób i przez to jest jakoś tam postrzegany. Ma ów swoje lepsze i gorsze chwile. Czasem przychodzi mu unosić sie sukcesem a czasem padać w porażce. Czasem ma powody do dumy a czasem naraża się na śmieszność.
Ja w żaden sposób nie jestem inny. Raczej skromnie cieszę się sukcesami, a dość mocno przeżywam porażki. Chętnie dzielę się z innymi lepszymi chwilami a gorsze na ogół chowam w sobie. Jeśli mam powód do dumy to się z nim nie obnoszę choć go zaznaczam a śmieszność… poprostu jakoś muszę znieść.
Mam odwagę być kimś takim i nie potrzebuję maski, że co to nie ja a inni to szkoda gadać, tylko po to by ukryć własne niedoskonałości, brudy. A zresztą…
… 

Nie da się dostać od drugiego człowieka czegoś czego się innemu nie chce dać
i nie przyjmie on tego czego samemu się przyjąć nie chce…


W takie dni, jak ten dzisiejszy, leżelibyśmy pewnie wtuleni w siebie i szepcząc sobie nawzajem te wszystkie słodkie „niedorzeczności”, które sprawiają, że wszystko na zewnątrz nas traci znaczenie, otuleni puchem kołdry i naszymi ramionami, ulegalibyśmy stopniowo napływającemu napieciu by w końcu stać się…

 …jednym, wielkim, wspaniałym uniesieniem…


…gdybyśmy tylko byli razem.

Tęsknię do takich dni… a pamięć o nich i pragnienie ich powrotu dodaje mi sił…

Niepokonany…

;)

2002-04-29 00:08:13


Z granatu nocy

Pełnego gwiazd

Zerwana pragnieniami

Spadłaś

Na dno głębi

Moich oczu

I każdy

Kto spojrzy

W źrenic otchłanie

Dostrzeże tam

Migocące skry
Ciebie

P.Sz „b-n”

Trwam w swej wierze, choć wiem też, że Ona może jej niepodzielać.
Bo nawet jeśli…

… aureole naszych dusz,
rytmy naszych serc i oddechów,
ramiona naszych ciał
już nigdy się nie splotą
 to warto mimo wszystko czekać
na choćby to jedno drgnięcie powieki,
najmniejszy w oku błysk,
w których będę…
 …ja.

 ”[...]

Miłość cierpliwa jest,

łaskawa jest.

Miłość nie zazdrości,

nie szuka poklasku,

nie unosi się pychą;

nie dopuszcza się bezwstydu,

nie szuka swego,

nie unosi się gniewem,

nie pamięta złego;

nie cieszy się z niesprawiedliwości,

lecz współweseli się z prawdą.

Wszystko znosi,

wszystkiemu wierzy,

we wszystkim pokłada nadzieję,

wszystko przetrzyma.

Miłość nigdy nie ustaje,

[nie jest] jak proroctwa,
które się skończą,

albo jak dar języków, który zniknie,

lub jak wiedza, której zabraknie.

[...]

Tak więc trwają
wiara, nadzieja, miłość – te trzy:

z nich zaś największa jest miłość.

1 Kor 13, 1-13 fragmenty

Są ludzie którym juz brakuje do mnie słów i to nie dlatego, że jestem zły lecz, że nie słucham ich wskazówek upierając sie przy swoim. A upieram się przy tym co czuję i czego pragnę bo ciągle wierzę, że jest możliwe by się spełniło. Choć przyznać muszę, że czasem czuję się jak ćma co lgnie do płonienia świecy opalając sobie skrzydła…
Ile to razy się zastanawiałem jak to jest, że nie potrafię tak jak inni, zwykli faceci poprostu pieprznąć wszystkim, postawić sie murem i odpowiedzieć jeśli nie agresją to przynajmniej obojętnością. No właśnie, jak tak nie potrafię…choć niektórzy twierdzą, że tylko z jakiegoś powodu nie chcę.
Nie wiem, cholera, nie wiem!

Ciągle staram sie być jak najbliżej kobiety którą kocham od 7 lat mimo iż związek się rozpadł i mimo tego, że Ona tworzy sobie swoje nowe życie.
Ciągle ślepo wierzę, że nie mogło wszystko ot tak z tego czasu prysnąć, przestać istnieć i utracić jakiekolwiek znaczenie.
Grzebię się w bagnie – bo tak to wszystko wiele osób nazywa – emocji.
Czy to śmieszne być człowiekiem który tak silnie i na przekór wszystkiemu, może nawet i logice, tak zwyczajnie kocha…? Czy to żałosne może nawet, że tą miłością się tak unoszę, że pielęgnuję ją w sobie mimo, że zdaje się to wszystko miast do celu trafiać w …

próżnię…?


Nie jeden pewnie powie, że tak…

I na co mi ta duma z tego, że jestem taki jaki jestem w uczuciach, że jestem stały, wytrwały i uparty…?

Ludzie mówią – stary, no dobra, twoja sprawa co tam i do kogo sobie czujesz ale zobacz ile cię to kosztuje, jak bardzo ciebie to wszystko wypala!

Jeszcze do niedawna twardo patrzyłem im w twarz. Coraz częściej jednak się zdarza, że już tylko spuszczam głowę… Nie, nie dlatego bym żałował czegokolwiek. Poprostu widzę jak żyją i te ich sposoby na „coś” w ich przypadku zdają egzamin.
Ja jakoś nie wypracowałem stuprocentowo skutecznego sposobu na trudne chwile. Co prawda udało mi się obrócić sporą część słabości w siłę, smutki i żale w radość ale czy nie byłoby bardziej normalnie bez tych zabiegów…?

Kocham kobietę dla której zapewne niewiele już znaczę i ledwie kilka miesięcy wystarczyło by całe lata razem poszło nie wiadomo gdzie…
A jest Ona moją pierwszą myślą po przebudzeniu, jest myślą przewodnią w ciągu dnia i ostatnią przed snem.
Jest w moich snach tak tych co nocą jak i tych za dnia śnionych.
Jest w moich słowach, gestach, spojrzeniach.
Jest w uśmiechu…

oddechu…

rytmie serca….


Jest dreszczem na skórze i energią w mięśniach.

Jest moją wolą, pragnieniem…

…nadzieją.


Jest wszystkim…


I może dlatego to nic już dla niej nie znaczy…

…a ja tak bardzo chciałbym się w tym spostrzeżeniu mylić…

Ostatnie dni takie inne od wcześniejszych…
Więcej spokoju, więcej ciszy…

Tak bardzo mi tego brakowało…


Wszystko co w środku wzburzone miało nareszcie szansę się ułożyć, trafić na właściwe miejsca. I choć trudnych rozmów nie brakło to jednak więcej w nich troski niż zapowiedzi burzy…

Czuję się szczęśliwszy, mam więcej woli działania. Powrócił na moją twarz uśmiech taki już niedyplomatyczny tylko swobodny, powrócił spontaniczny śmiech taki z pełnej piersi…

Powróciły sny…


Nie śniłem praktycznie od pół roku a teraz mam sny tak intensywne, realne. Jest w nich wszystko takie niemal namacalne…dotyk, zapach, smak…

Cieszę się życiem i tym co mam, czego pragnę i o czym snię.

Marzę śmiało, odważnie… I nawet gdyby miało się niewiele czy nawet nic z tego nie spełnić to i tak daje mi to wiele radości bo nie ma takiej siły która odebrałaby mi ten kolejny ze skarbów które mam w sercu…

…miłość i wiarę.

A wszystko to bo jestem…

…niepokonany…

Heh ;) Nie no, już bez przesady… ;)

Poprostu…


…kocham.

:)


  • RSS