Czas… Wszystko nim uwarunkowane. Dzien, noc, radosc, smutek, zycie, smierc… Wszystko. Zatrzymalem sie w miejscu gdzies w swiecie. Osiadlem. Ale czuje pod stopami swedzenie bo zycie w ruchu zakorzenilo sie we mnie. Dobrze jest czasem zatrzymac sie dla zlapania oddechu, dla chwili zastanowienia czy zadumy ale mnie to juz meczy. To co mnie bylo w stanie zatrzymac i zakorzenic odeszlo wraz z nia. Nikt po tym nie potrafil wskrzesic we mnie woli powiedzenia sobie ze juz dosc wedrowek.

Jednak jest cos co mnie niepokoi. To przestrzen w okol mnie pozbawiona wartosci, czegokolwiek dajacego wole walki, sile. Ktos nazwalby to moze samotnoscia. I moze by mial racje… Ale to dotyczy ludzi ktorzy tetnia emocjami, pasja. Ja coraz mniej taki jestem. Coraz mniej mnie porusza. „Byc” zaczelo przegrywac i jest spychane na rzecz „konsumowac”, nie „miec” bo nie zalezy mi na posiadaniu ale wlasnie by cos pochlaniac. Praca? Isc, zrobic swoje, wracac. Dom? Odpoczac, cos zjesc, ogarnac syf. Znajomi? Jakos tego nie widze.. Sa wyjatki, fakt. Ale oddalilem sie od tych wyjatkow a one ode mnie. Taka miedziano-wlosa N-S dla przykladu – zywy magnes, zrodlo magii. Czy taki Pan Ch z ktorym kazde scierwo smakuje wybornie a kazde spotkanie jest jak wedrowka po Ukladzie Slonecznym. Pani I jak siostra czy Pan B jak brat…

Mam coraz mniej pytan do swiata, coraz wiecej obojetnosci na wszystko. Coraz mniej mi zalezy…

…a jednoczesnie rozbija mnie pustka w okol. Pustka, ktora stworzylem ja sam…