Palimy mosty…

Patrzymy jak plonące szczątki spadają w dół. Przerażeni i zafascynowani jednocześnie. Chcielibyśmy pobiec ugasic płomienie ale wola nie trafia do naszych nóg. Stoimy wpatrzeni jak żywe posągi.

Palimy mosty…

Jeden za drugim zwalają się w ciemny rzeki nurt. Z ust wylewa się potok niemych słow. Drżymy zamarli, nieskładni a nasze arterie wypełnia strach i ból. Patrząc na mosty łamiące sie w pół.

Palimy mosty…

Z życia najokrutniejsze z chwil. Gdy łączące nas mosty pożera ogniem pożoga naszych win. Gdy fałszywe żale i zwodniczy gniew rwą na strzępy serca i dech. Znika głęboki, spokojny sen.

Palimy mosty…

Naiwnie wierząc, że to dwa światy trwale rozdzieli. Że szczątki się rozpłyną, rany zabliźni czas. Że powstaną przestrzenie. Ogrom przestrzeni pozbawionej istnienia Ciebie i mnie – Nas.

Palimy mosty…

Spalić mosty by życ. Jak złudnie wydaje się to latwe. O wiele łatwiejsze gdy tak trudno jest kochać… Kochać w świecie leżących jedna przy drugiej, tuż obok siebie, samotnych wysp…