Ile w nas dojrzałości by znosić, tolerować, starać się zrozumieć drugiego człowieka, który pojawia się w naszym życiu a później w sercu a który jest często tak skrajnie różny od nas samych?
Ile w nas woli walki o tego człowieka, o jego utrzymanie, gdy czyjaś droga życia wplecie się w naszą przestawiając, czasem doszczętnie, jakiś określony porządek rzeczy do którego zdążyliśmy już przywyknąć?
Ile jest w nas woli walki z samym sobą by odkrywając różnice między nami a innymi ludźmi samemu też się zmieniać, uczyć, stawać się bardziej plastycznym a nie tylko oczekiwać bezwzględnego dopasowania?
Ile jest w nas otwartości i czułości na nowe doznania a ile skostniałej niewrażliwości?
Ale czy sami nie oczekujemy tego od innych ludzi z naszego otoczenia, przypadkowych lub jeszcze nie poznanych?
Bywa, że z takiej walki wychodzimy poobijani, poranieni, skrzywieni, z wypaczonym obrazem rzeczywistości, ludzi, świata i wtedy zdarza się, że sykliwie cedzimy przez zęby – „Pieprzyć to wszystko… Wszyscy się pieprzcie…!”

Tak tylko sobie marudzę… Jak zwykle ;)

Jak można – tak wiele emocji radości i smutku, spokoju i gniewu, nadziei i frustracji, wiary i zwątpienia, uśmiechu i łez, rozłąki i bliskości, obecności i pustki, tych wszystkich uniesień we dwoje, nut melodii zapachu i smaku ciała, dźwięku słów i ciszy milczenia, tych spojrzeń roześmianych, porządliwych, smutnych, zmęczonych, rozmarzonych, skupionych czy nieobecnych, tego napięcia i odprężenia, tego wszystkiego co nie ma przypisanego słowa, nazwy, a tak ubarwia, dopełnia każdą więź dwojga ludzi – zmieścić w jednym, małym pudełku, takim jak po butach…?
Kiedyś było to dla mnie nie do pomyślenia, wręcz niewyobrażalne.

Teraz już wiem, że można…

Moje pierwsze pudełko zapełniło się życiem pod postacią symboli, którymi są zdjęcia na papierze i cyfrowe, listy, kartki, karteczki, prezenty, drobiazgi coś przypominające…
Czyżby więc całe to nasze „wszystko we dwoje” było po czasie warte tylko jednego pudełka z napisem „Donia”…??
Nie.
To tylko symbole, klucze do pokojów pełnych wspomnień, obrazów w pamięci jak żywych…
Tego wszystkiego co niematerialne nie da się złożyć do czegokolwiek.
Nawet gdyby dla świętego spokoju otoczenia twierdzić, że już po wszystkim to i tak nawet niezbyt uważny obserwator dostrzeże prawdę bo ta staje się drugim słowem, gestem, spojrzeniem…

Po za tym mam się dobrze…


Nie ważne w życiu jest to jak miniony dzień zapisze się wTwoich myślach tylko to, co pozostawi on w sercu…


( b-n )

Sms…telefon…
Jakby nigdy nic… Zgłupiałem skrajnie zaskoczony…
JEJ głos w telefonie chłodny…jakby smutny…może.
Czemu się odezwała…? Nie wiem…ale jednak. Gwar w tle. Coś przerywa, hałas, trzaski… Z obawą, że uzna to za zbywanie zaproponowałem późniejszy kontakt…może spotkanie…kawa…herbata…jakkolwiek.
Wszystko zaczęło się rozsypywać…
Telefon kolejny…

Tak więc spotkanie…

Sam nie wiem…

Spotkanie…
Niby nic…na chłodno. Pierwsze pytania, opowieści… Ciekawość…
Droga do Jej domu coraz krótsza. Otwiera drzwi, wchodzę… Stopień po stopniu czuję jak coraz mniej rozumiem z tego co się dzieje…
Mieszkanie… Kawa? Herbata? Herbata…
Czuję jak zaczynam się zamykać. Jak coraz trudniej mi pytać, odpowiadać, mówić… Czuję Jej bliskość, widzę, słyszę ale…
Nie zatrzymam czasu… Nie zatrzymam chwili…
Czując jak puszczają mi hamulce emocji zacząłem się szykować do wyjścia bo zmęczona, bo późno, bo…nie wiem. I zabiło mnie to stwierdzenie, że gdyby było późno to powiedziałaby sama… Nic nie wiem… Co mam sobie myśleć? A może nie powinienem w ogóle nic myśleć… Może to co we mnie tkwi zwodzi mnie pozwalając sobie na jakiekolwiek przypuszczenia… Może…
Ciągle mnie „trzyma”…
Tylko co z tego jeśli…
Nie…
Już nic…
Każde z Nas ma już swoje życie… Jakie by ono nie było…
Co sprawia, że jednak nie jesteśmy w stanie się odciąć od siebie tak na amen skoro Ona mnie tak bardzo nienawidzi a ja tak bardzo chcę zwyczajnie żyć…?
Być może chodzi o to, że…

„Prawda śpi zawsze gdzieś tam…głęboko w sercu.” 

?

Złudzenia tlą się najdłużej…
Co do mnie… Jakkolwiek bym zaprzeczył to jednak widać jak jest naprawdę…
Pewnie wielu powie, że to już przesada, że to żałosne, więc…niech mówią.
Podpieram się tym, że człowiek jest tylko i aż tyle wart ile w nim wiary i siły w to co czuje i robi.

Uczucia, emocje…

Pułapka…

Szczęście…
Chyba nie ma takiego człowieka, który nie chciałby go poczuć. A każdy z ludzi ma swój własny jego obraz. Ja… Ty… Oni…
Jak osiągnąć, zdobyć, jakim sposobem, jakim kosztem i w jakim tempie?
Wiadomo – jak najmniejszym wysiłkiem i jak najszybciej na możliwie najdłużej. Ilu ludzi tyle sposobów a każdy sposób jest takim swoistym kluczem do szczęścia.
Tak często wydaje nam się, że to już, nareszcie, udało się ów mityczny klucz odnaleźć i jak równie często okazuje się, że ten klucz nie pasuje… Stoimy wtedy przed drzwiami do upragnionego szczęścia zżerani i trawieni przez gorycz porażki z poczuciem oszukania przez los. Chowamy ten klucz w kieszeń z nadzieją, że może jednak, kiedyś, jakieś drzwi mu ulegną choć kieszenie pełne już nie pasujących kluczy, które z biegiem czasu stają się naszą koroną…

…cierniową.

Dopadły mnie z zaskoczenia…tak nagle niespodziewanie…
Ścisnęły mi krtań, ścisnęły skronie…
Zakołowały ciśnieniem w głowie…
Zakołatały sercem…
Ścisnęły pierś utrudniając oddech…
…i uwolniły ją.
Ta pomknęła niepewnie ścieżką policzka ku ust drodze…
Zatrzymała się na chwilę i ruszyła dalej zostawiając na ustach piekącą gorycz.
Zawisła na krawędzi twarzy na czas jednego mrugnięcia okiem i opadła gdzieś na ziemię…

…łza.

Wspomnienia…

Przyjaciel patrząc na Jej zdjęcie, które ciągle mam w ramce na biurku, zapytał kiedy ono zniknie i stwierdził, że podziwia mnie za to, że tak mogę bo on  by sobie nie potrafił z tym i w ten sposób radzić…
Otaczają mnie części Niej – fotografie, prezenty, listy i liściki, kartki, drobiazgi takie jak kamyk, kot ze srebra którego ciągle i nieustannie noszę na piersi od wielu lat…i Nasze obrączki które urosły do miana symbolu czystości uczuć i oddania.
Walcząc z pamięcią o Niej tylko się pogrążałem więc nauczyłem się z tym całym bałaganem wspomnień i rzeczy żyć w upływającej codzienności.
Czemu wracam ponownie do tego co minęło…? Mierzę się co jakiś czas z tym i sprawdzam jaki to wywiera na mnie wpływ. Ochłonąłem już dość by móc otworzyć się na drugiego człowieka…na kobietę która być może kiedyś zagości w moim życiu a potem sercu i…w nim pozostanie…
Czy więc Ona zniknęła ze mnie…?
Nie…
Agape jest wieczna.
Tylko życie biegnie dalej i mając jedną jedyną szansę na skorzystanie z jego dóbr trzeba trwać i czerpać z niego póki sił starcza tymbardziej kiedy życie samo podsuwa pod nos rozwiązania i odpowiedzi na dręczące wątpliwości, pytania i niedostatki… Tak to jest już poukładane…
Nie jest to też kwestia strachu przed samotnością, choć ta sama w sobie jest koszmarem, ale świadomego wyboru, że życie we dwoje, nawet jeśli bywa trudne, jest mimo to spełnione… A o tym spełnieniu decydują te wszystkie małe, drobne gesty czułości, chwile uniesienia, uzupełnianie się w codzienności czyli wszystko to o czym na codzień nie pamiętamy…

Ale to tylko moje „takie tam”i być może się mylę… Oby niegroźnie…    ;)

Ciekawe, że kiedy pada słowo – szczerość – to większość ludzi robi taką minę jakby im kto szyszkę w tyłek wpychał a następnie z jakiegoś tryliona hiper mega przeniesamowicie super ważnych powodów ulatniają się z pola widzenia by następnie omijać nas łukiem o trajektorii iście międzygalaktycznej…
Hmm…

;)

Chcąc poznać prawdę o człowieku, który wkroczył w czyjeś życie, czasem trzeba posłużyć się skrajnymi metodami weryfikacji jego zamiarów. Tak więc każdy w dla siebie szczególny sposób sobie z tym radzi i ma jakieś mniej lub bardziej skuteczne rozwiązania. Moim sposobem jest dać broń drugiemu człowiekowi i trochę czasu by zrobił z niej użytek zgodny z tym co niewidoczne dla moich oczu.
I tak przyjaciel, ktoś mi życzliwy, przychylny, użyje tej broni by chronić i bronić, zaś wróg gdy tylko się odwrócę strzeli z niej prosto w plecy…

Tylko, że czasem nie mam już siły by po raz nie wiadomo który umierać i odradzać się na nowo… To poczucie zmęczenia jakoś mnie zaskoczyło bo miałem się za niepokonanego młodzieniaszka ale wychodzi na to, że może nie jest aż tak kolorowo jak mi się wydawało. Choć może to jedynie słabszych chwil czas…
Tak więc teraz trochę się martwię, że ten zespolony proces umierania i ponownych narodzin, któregoś razu się rozdzieli i z dwojga pozostanie już tylko jedno…

…zamknąć oczy…

… na zawsze.

Trzymam się jednak dzięki temu co noszę w sercu i…
oby nigdy mnie to nie opuściło…

Ktoś wreszcie dostrzegł we mnie Siłę i, że mając ją nic mnie nie złamie…
Mogę nie „latać” za wysoko w życiu ale to naprawdę nie o to w nim chodzi – rzecz jasna moim zdaniem.
„Moje” nie musi być na wierzchu a to nie jest równoznaczne z brakiem umiejętności walki o swoje. Nie czuję potrzeby udowadniania czegokolwiek i komukolwiek a to nie oznacza braku przebojowości…
Żyję i cieszę się tym życiem które mam…
Że brzmi naiwnie…?
Zależy czy się czegoś oczekuje, czy pozwala by czas robił swoje…może czasem lekko go poszturchując ;)
A czas robi swoje i daje mi coraz więcej…
Nareszcie jest mi poprostu dobrze…
I to właśnie jest dla niektórych nie do pojęcia…

:)


  • RSS