By widzieć moje szczęście zamykać oczu nie muszę.
I bez tego wyobraźnia wydobywa z pamięci Twój zapach, ciepło
i oddechu szmer jakbyś w rzeczywistości tuliła się do mnie.
Mówisz coś… Może opowiadasz o minionym dniu a może… o czymkolwiek  i… czuję jak przenika mnie spokój.
Ulatują wszelkie troski i obawy…
Bez znaczenia jest dzień miniony i nie ważny ten przyszły.
Liczy się tylko TU i TERAZ.


Mając oczy szeroko otwarte śnię na jawie…

Jedyne na co mogę liczyć i co mogę mieć to wspomnienia.
To tak strasznie mało i…

   …jak nieskończenie wiele jednocześnie.


Masz rację…
Dobrze jest marzyć…

:*



Pamiętaj… Agape…


Już nic, żadna troska, zmartwienie czy żal, nie ugniata mojej piersi. Mogę spokojnie spać…
Nareszcie spokojnie oddycham…


Człowiek musi żyć… nieustannie i bez względu na wszystko…
Nie bacząc na to ile razy los rzuci mu kłodę pod nogi lub ile razy ów człowiek potknie się sam.
Nie bacząc na błędy innych czy własne…

Tak dobrze jest móc patrzeć na swoją przeszłość bez strachu, wstydu czy żalu.
Jestem szczęśliwy, że opatrzność dała mi Ją i najpiękniejsze lata mojego życia wraz z Nią mimo, że minął ten czas wiele miesięcy temu.
Niczego nie żałuję…
Ona mimo wszystko jest częścią mojego życia. Bez sensu jest jakiekolwiek zapieranie się, odcinanie, udawanie, że ten ktoś nie istniał tylko dlatego, że już nie jest się razem i, że nie bardzo spokojnie i z kulturą, się to rozstanie odbyło.Trzeba umieć sie zmierzyć z własnym życiem. Nawet wtedy jeśli są w tym życiu sprawy nie dające powodów do dumy…

Teraz kiedy już mogę…a właściwie to potrafię otwrcie o tym wszystkim mówić, czuję ulgę wielką jak nigdy do tąd.
Ciekaw jestem kolejnych lat mojego życia i z nadzieją patrzę na wszystko co nadejdzie. Kto u mego boku stanie, czyjego kroku dotrzymywał będę ja, czyje myśli będą przyzywać moje imię za dnia i nocą…
Kto to wie…
Mur otaczający moje serce runął tak nagle i niespodziewanie. Nareszcie…
Życie jest pełne niespodzianek. Czasem bardzo miłych… Warto na nie czekać nawet wtedy gdy po drodze wiele przykrych chwil bo w końcu to tylko…

…chwile  ;)

W końcu oboje – Ona i Ja – odnajdziemy gdzieś w tym świecie swoje przystanie…. Czego życzę każdemu podróżnikowi…

Wszystkiego co dobre – Tobie…kimkolwiek jesteś Ty który / która to czytasz  ;)

Agape…

Statystycznie rzecz biorąc mam dobre życie…
Zostałem poczęty w małżeńskim związku, z miłości a ciąża przebiegała w miarę normalnie – statystycznie – aż do porodu który tym statystykom się już nieco wymknął. Jednak statystyka przewiduje różne sytuacje więc było w miarę normalnie – statystycznie oczywiście…
Moje dzieciństwo choć burzliwe, bo przebiegało w przeciwieństwie do poczęcia tylko z jednym z rodziców, również dało się wcisnąć w ramy statystyk głoszących przeciętność vel normalność. I tak statystyka towarzyszyła mi nadal również w czasie dorastania. Tak więc nauka szła mi statystycznie nieźle, rozwijałem się też nieźle, i wszystko inne było też niezłe – rzecz jasna statystycznie… Bla, bla bla, bla blabla, bla… – też statystycznie…
Potem jakieś ujęte w normy statystyki lovestory, bussinesstory, lifestory, brokenheartstory, śmory, srory i jakiekolwiek inne tam story czyli… c’est la vie lub, jak kto woli, banałstory… ;)
Ponownie powołując się na statystykę oczywistym się staje domysł, że coś pomiędzy powyższymi zdaniami się jednak kryje w ilości sporo większej niż wskazuje na to pierwszy czy nawet kolejny rzut oka.
Oczywiście dobrze się domyślasz – statystycznie.
Tak więc dorzućmy to tych paru zdań potencjalną smierć przy porodzie gdym zawinięty był w pępowinę w okół szyi, póżniej poprawka na buziaka od kostuchy gdy chorowałem jak nawiedzony i w szpitalu pomylono leki które wstrzykiwano mi przez czaszkę do głowy.
Wystarczy? Ha! O nie, nie to dopiero początek…
Jako dziecko – spowodowanie jakiegoś wypadku samochodowego, nabicie się głową na pręt zbrojeniowy ukryty w trawce po której malutki Be eNek sobie biegał beztrosko, topienie się w gnojówce, bagnie a potem w rzece, wstrząs mózgu po jakimś upadku, nabicie się na widły i zapowietrzenie układu krwionośnego, bliżej nie określone „stany zapalne spowodowane prawdopodobnie jakimś szczepem bakterii lub wirusem”…
No, parę wdechów i lecimy dalej…
Mało nie urwało mi dłoni gdy przy maszynie popełniłem błąd i wyrwało z uchwytów element, potem jakieś spalenie się koleżanki żywcem w namiocie, samobójcze rzucenie się przyjaciółki z dachu i jej smierć w moich ramionach, powieszenie się kolegi, rozwałka innego kolegi na drzewie i jego śpiączka ( już jakieś 13-14 lat…) , śmierć paru innych bliskich mi osób na ogół nagła i tragiczna…
Śmierć mojej córki…
Później śmierć ukochanej Gosi…we śnie a wcześniej walka wieloletnia z jej chorobą. Po drodze jakies nieudane małżeństwo. Spotkanie na drodze jakiegoś tajemniczego drzewa które nagle „rzuciło” się na mój samochód…na zakręcie. Zbicie sporego majątku, jakiś napad, pobicie, wymuszenie i potem bankructwo. Jakaś trwająca ponad 2 lata choroba matki i śmierć w męczarniach. Jakieś załamanie nerwowe. Jakieś coś tam, coś tam, i te pe…
Ale żeby nie było, że tylko dramaty w życiu miałem. Kilka kobiet ważnych i jedna najważniejsza, kilka miłostek, zauroczeń, trochę seksu jak Bozia kazała i sporo „jazdy bez trzymanki” było w moim życiu. Imprezy, balangi, jakieś sporty ekstremalne i takie całkiem normalne, jakieś koncerty, teatr, poezja, nagrody i epizod w filmie sie trafił…więc swoje wyszalałem.
Ale statystycznie takie rzeczy się zdarzają ludziom choć już niekoniecznie jednemu naraz…


I nagle w tym wszystkim…Ona.
Balsam na swędzące blizny. Lekarstwo na paskudne rany…
Nagle cisza…
Lekki szum uniesienia w głowie…
Coś jakby w końcu niebo, raj…


Ale statystyka jest nieubłagana…
Związki trwają statystycznie 4-6 lat więc mój z Nią się niestety albo i *stety zmieścił w tej francowatej statystyce a powód i przebieg jego rozpadu owa statystyka sobie też nie odpuściła jakby było jej mało (?!) Ponieważ statystycznie faceci gorzej sobie radzą po życiowych porażkach ja też nie byłem inny no bo jakaś miłość, ślub, rodzina w planach, bla bla i takie tam… Miał być cud, miód i malina a wyszło jak zawsze… statystycznie.

Cóż… Jak widać, żyję dalej. Mam się coraz lepiej. Powraca moje poczucie humoru – trochę czarne jeszcze ale robię postępy ;)
Znowu cieszę się życiem, sprawami wielkimi i tymi najmniejszymi. Mimo, że notuję różne mniejsze lub większe potknięcia to cieszę się każdym nowym dniem bez wzgledu na to jaki on będzie, jest, lub był. Życie ma słodko gorzki smak bo taki jego urok a na to nie ma mocnych… Czasem tylko trochę mniej lub bardziej zemdli… Ale spokojnie, daję radę….
No wiesz heheh :)  ”Co mnie nie zabije to mnie wzmocni” i takie tam…  ;)

A ja ? Staję na nogach i odbudowuję mozolnie moje życie pełne…

…danych statystycznych.


:)

Nowy rok… Nie gdybam o tym co przyniesie. Czy mi się to będzie podobało czy nie i tak będę musiał przyjąć to co przyniesie czas więc szkoda czasu na gadanie.
Jakieś postanowienia noworoczne? Nie, nie mam… Po co okłamywać siebie…
Jakieś zmiany? Tak… Jakie? Dalsze według planu… Klocek po klocku trafia na miejsce… Ciąg dalszy mojej układanki…
Wiem jedno… Czeka mnie ciężka praca nad własnymi emocjami by panować nad nimi niemal absolutnie tak by już nie dać sie podejść jak dzieciak.

„Harpia” – kimkolwiek jesteś a musisz być kimś obok mnie…tak, odniosłaś? odniosłeś? sukces. Sprawiłaś? sprawiłeś?, że zacząłem wierzyć w twoje słowa bo zaślepił mnie gniew, żal i ból po Jej utracie… A może to jakiś taki plan, gra wyuzdana? To już nieważne….

Ludzie są jacy są. Może się to czasem cholernie niepodobać ale to właśnie cała sztuka w tym by umieć przyjąć kogoś takiego jakim ów ktoś jest albo odejść w pokoju. Trzeba być amatorem czyjejś osobowości i umieć w tym trwać.
Chyba właśnie to jest miarą naszej dorosłości w życiu.

Jestem właśnie takim amatorem wielu różnych osobowości i czasem szlag mnie trafia bo bywa trudno. Innym zaś schodzę z drogi dla mojego i ich własnego spokoju. W żaden jednak sposób, żeby to było jasne, nie czuję się przez to bardziej…hm…dorosły.
Czasem mam poprostu dość tej, momentami już nawet, walki o te osobowości… Bywa, że zadaję sobie proste pytanie – czy warto się ścierać…?
No właśnie… Czy warto?
Staram się być sprawiedliwy, obiektywny, w moich ocenach bo i ja mam szczególną osobowość, trudną momentami k…ewsko a która mimo to ma kilku amatorów…
To właśnie dlatego owo ścieranie trwa nadal…
A co do jakiegoś rachunku sumienia… Popełniłem jednak, w minionym właśnie roku, dalece znaczący w moim życiu błąd, który miał swoje podłoże, między innymi, w złożoności sytuacji w owym czasie. Błąd ów polegał na tym, że się poprostu poddałem…

Czas nie zatrzymał się jednak, nie cofnął, na przekór moim prośbom i płynie nadal…

Życie jest wielkim zbiorem szczególnych lekcji, które warto pamiętać…

„Nie mogę być wrażliwym bo oznacza to słabość i wtedy zniszczy mnie życia wiatr…
Nie mogę być niewrażliwym bo oznacza to ślepą siłę i wtedy zniszczę czyjś świat…”

- „Lot Ikara” 


Zawsze uważałem, że wrażliwość, szczerość, troskliwość i otworzenie się na drugiego człowieka zaprowadzi mnie daleko ku dobremu. Że los dzięki temu będzie mi sprzyjał a ludzie okażą się przychylni i życzliwi. Trwałem gorliwie w tym przekonaniu lata całe i na przekór licznym przeciwnościom losu i zawiści ludzkiej. W końcu jednak wyszło na to, że moje idee to naiwność nieprzystająca zupełnie do dzisiejszych czasów. Taki system wartości mógł się sprawdzić wiek, dwa i dalej wstecz ale nie dziś.
Ja kochający, oddany ślepo i całkowicie człowiekowi, ideom…
Przegrałem sam ze sobą…. I zabolało jak nic innego…
Nie umarło to wszystko jednak we mnie tylko zostało wyparte, uśpione…

W kontraście do tego mojego naiwnego świata narodził się drugi, który niemal jest całkowicie przeciwny pierwszemu. Świat ów pełen wyrachowania, zimnej kalkulacji, niewrażliwości na wszelkie bodźce, oziębłości uczuciowej, który począł torować sobie we mnie drogę by pociągnąć to całe moje życie do przodu wciąż dalej i dalej. W tym świecie jednak nic nigdy nie miało większego znaczenia i jest traktowane tylko i wyłącznie jako chwila która jest i zaraz jej nie ma. Wszystko w kategoriach ulotności, nietrwałości i braku sensu a człowiek nie jako istnienie godne poznania i obraz kultu ale jako środek do celu, narzędzie mniej lub bardziej użyteczne…
Normalnym byłoby znaleźć coś pośrodku ale…
Idealna sytuacja… lecz tych podobno nie ma.

Pat…

Pierwszy ja, który ciągle w ciszy rozpamiętuje, wspomina, nie godzi się z wydarzeniami, ma nieustającą nadzieję, że nic nie jest przesądzone… Wszystko w nim na wierzchu, odkryte, łatwowierne…
Drugi ja, który dobrze wie jak to w życiu jest, że trzeba być twardym i to co się stało, się nie odstanie a czasu cofnąć nie można. Odcinający się od każdego człowieka który może się nadto zbliżyć i przez to być jakby słabym punktem w skorupie, którą obrosło to moje drugie wcielenie. Maska na masce…

W ten jakże niefortunny sposób broniłem i momentami nadal bronię się przed tym co uderza w moje wrażliwe miejsca, zagraża spełnieniu i szczęściu.
Upływ czasu przynosi coraz więcej równowagi, zdroworozsądkowej stabilizacji…

A jednak czas leczy rany…



Moje światy równoległe…



Coraz mniej pamiętam kiedy czułem się szczęśliwy, choćby tylko podobnie, tak jak wtedy gdy pierwszy raz spotkały się Nasze usta…
Kiedy w głowie szum zagłuszał wszystko a świat skurczył się do rozmiarów Jej źrenic wpatrzonych we mnie…

…żyję dalej.

Nic nie przypomina Jej…
Nic nie smakuje, nie brzmi, nie pachnie, nie wyglada jak Ona…

kolej rzeczy taka…
…nie inna.


Tyle już za mną, tyle jeszcze przede mną…
Wszystko tak cenne… Tak ulotne, niepowtarzalne…

…trzeba żyć.

Los droczy się ze mną, stara się jakby mnie czegoś nauczyć. Podsuwa mi sytuacje które pokazują jak mało wiem o sobie samym.

Łapię kolejny oddech z nadzieją, że będzie…

…lekki.


Ludzie w okół mnie… To jak żyję paru osobom nie jest obojętne, kilka innych zepchnęło mnie na boczny tor a niektórych przekierowałem na ów tor ja sam.
Dobre to? Czy złe?
Jest.


Po raz pierwszy pozwalam opatrzności robić z moim życiem co chce. Nie przeszkadzam w tym. Obserwuję…

Zmienia się coś…

Coraz częściej moje „mądrości” ulatują z głowy nim staną się  słowem lub czynem. Tak chyba jest lepiej. Nieokreślona przemiana dzieje się we mnie, w okół mnie…w ogóle. Nie zastanawiam się starym zwyczajem „Quo Vadis?”

Przyjmuję wszystko takie jakim jest…

Samotność przestała być końcem świata. Uczucie pustki w sercu, choć uwiera, już nie dusi, bo na jego dnie…

Mam cztery kąty w których mogę się schronić, mam pracę którą lubię, mam zdrowie które szczęśliwie już mnie nie zawodzi – fundamenty mojego życia tak bardzo niedoceniane.

Człowiek może na swe barki wziąźć niesamowicie wiele… Tylko na jak długo…? I jakim kosztem…?

By coś się mogło poukładać zawsze najpierw musi pojawić się chaos…


Dziwne dni… Wiele w nich niepewności, niejasności, niedopowiedzeń…



Szukam dla siebie na nowo miejsca na Ziemi…




Wpadłem na Nią dzisiaj w sklepie…
Tak twarzą w twarz…
Minęła mnie i… to wszystko.
Nie istnieję…

Ktoś inny zbliżył się do mnie…
Wiem, że…muszę mieć do tego dystans…tym większy im bliżej mnie ktoś ów jest. Może przyjdzie mi się usunąć całkowicie…
Do kogoś innego zbliżyłem się ja…
Zauroczenie…

Wiem jednak, że nie mogę sobie pozwolić na jakąkolwiek chwilę zapomnienia, muszę panować nad tym i jeśli to konieczne to nawet zdusić…uśmiercić.

Nie okrzepłem jeszcze dość na tyle, by wierzyć temu co się we mnie dzieje, a skoro ja sam nie dowierzam sobie, to tym bardziej nie mam prawa chcieć przekonywać kogoś, że wiem co robię i czego pragnę…
Ale za jakiś czas…
Jakiś czas…
Wieczory samotne, budzące wspomnienia, pragnienia…
Wystarczy już ich…

Mam nadzieję, wierzę, że ta łupina którą żegluję przez świat nieznany, zawiedzie mnie do upragnionej przystani bo jestem już tą przydługą podróżą zmęczony…


 



Nadszedł czas by zejść na stały ląd…



My…Kim jesteśmy?
Żyjemy, istniejemy w przekonaniu o niezmienności, wiecznej trwałości, daru jakim jest życie. Nie dbamy o tak wiele spraw ciągle wmawiając sobie, że jeszcze mamy czas…
Mamy czas…
Nie, nie mamy…
Nie mamy czasu na to by zwlekać z pytaniami które spędzają nam sen z powiek goniąc jednocześnie za pytaniami których nie potrafimy w końcu zadać gdy już możemy.
Gonimy za odpowiedziami których szukamy całe życie, poświęcając przy tym czasem aż za dużo a gdy je odnajdujemy nie chcemy ich słyszeć.
Otaczamy się ludźmi których potem zaniedbujemy a sami lgniemy do tych którzy zaniedbują nas.
Nie mamy czasu na to by nie wyznawać uczuć z obawy, że ktoś nas wykpi nie bacząc na to, że spędzamy całe miesiące, lata nawet, na tym by niemal podporządkować nie tylko swoje własne życie ale i otaczający nas świat temu niespełnionemu uczuciu bo skąd możemy wiedzieć czy ten ktoś nie czeka na nasz gest…lub żyje w tych samych obawach…?
Chowamy się w zamyśleniu, chowamy za maską wesołości czy inną by ukryć cierpienie, niespełnienie czy to w pracy, w życiu…w miłości…ale nie chcemy się uwolnić od tej sztuczności, nie chcemy powiedzieć „dość” a potem zrzucamy winę za swoją słabość na innych.
Gdzie w tym sens?
Jak możemy tracić na to cenne lata swego życia skoro nie wiemy ile potrwa?
Wszystko zależy od jednej małej chwili…
Czy to rzeczywiście można nazwać życiem…? A właściwie… czy powinno się nazywać życiem…?
Nie…

Śnimy…

Czas otworzyć oczy…

…jeśli cokolwiek ma mieć sens.

Jeśli MY mamy mieć sens…


 

 

Złota klatka…to świat moich marzeń, pragnień, tęsknot. Cóż z tego, że szlachetne, wzniosłe, szczere i z głębi serca uczucia i myśli płyną, skoro zniewalają mnie. Miast czynić mnie szczęśliwym, spełnionym…sprawiły, że przygasnąłem.

To tak jakbym się zapatrzył na coś i trochę zapomniał…

W okół mnie tak wiele się dzieje, ciągle zmienia, więc szkoda z tego nic dla siebie nie uszczknąć kiedy czas płynie nieubłaganie. Jednak wspomnienia przyciągają mnie jak magnes i oplatają niczym bluszcz. Sprawiają, że coraz bardziej wtapiam się w otoczenie a ja tego nie chcę. Nie chcę przeżyć mojego życia jako zwykły szary ktoś, kto tylko przeżywa dni czekając końca. Jestem młodym facetem, który nie wiedzieć czemu tak w sumie, zapomniał o radości życia.

Tak wiele już za mną ale o ile więcej przede mną? Jak mam się tego dowiedzieć jeśli nie wyciągnę ku temu i po to ręki?


Jeszcze niedawno psioczyłem na kogoś , kto nie oglądając się na nikogo, nie baczył na to czy robi dobrze czy nie. Ale najważniejsze, że w ogóle coś robił, że nie stał w miejscu. Nawet jeśli ta osoba popełniła błędy, które mogły dotknąć i ostatecznie dotknęły wiele osób, w tym i mnie, to jednak dzięki temu, może czegoś się ta osoba nauczyła, coś pojęła, nad czymś się zastanowiła a wraz z nią ludzie w okół i kiedyś to przyniesie korzyści.
A co ja w tym czasie robiłem? No właśnie… Wydawało mi się, że nie wiadomo ile a teraz widzę, że w sumie to tak niewiele, że prawie nic… Ale zawsze refleksja przychodzi „po” a nie „przed”…

Cóż…

Jedną z ważniejszych zmian jest to, że mam nową pracę, która choć napawa mnie obawami odnośnie tego jak sobie będę radził to jednak już sprawia mi wiele radości. Decyduje pewnie też o tym zespół ludzi, współpracowników, którzy choć są każdy z innej bajki to jednak uzupełniamy się i dogadujemy. A ja bardzo lubię pracę w zespole, z ludźmi. Cieszę się tym wszystkim tym bardziej, że przez blisko dwa miesiące byłem bez pracy. Dla człowieka, który z natury nie lubi nic nie robić to istna tortura.

Tęsknię nadal za Nią, brakuje mi Jej. Dość często o Niej myślę…

Ale nie mam już napadów rozpaczy lub paniki… Uspokoiło się we mnie prawie wszystko… Może tak miało być…?

Może Nasz czas minął bezpowrotnie a może jeszcze kiedyś coś się Nam przydarzy…?

Każde z nas ma już jakieś swoje życie, podąża nową ścieżką. Czasem gorzką na wyrost… Nie stoimy jednak w miejscu. Ona pracuje i z tego co wiem, świetnie Jej idzie będąc na swoim. To bardzo ambitna i wysoce uzdolniona kobieta więc chyba sukces zawodowy jest wpisany w Jej życie. Mam nadzieję, że ten sukces i w życiu osobistym osiągnie równie spektakularny. Dała mi blisko siedem wspaniałych lat wspólnego życia. Oczywiście nie zawsze było sielankowo i nie omijały Nas trudne, ciężkie chwile ale jednak to mijało i czas radości we dwoje nieustannie błyszczy wspomnieniami we mnie. Coś nam nie wyszło, coś przegapiliśmy i…urwała się nić zrozumienia między Nami. Niestety…

Jednak o ile uboższe by było moje życie bez Niej…

Czasem przychodzi taka chwila kiedy czuję trochę zazdrości gdy pomyślę, że jeśli los nie splecie ponownie Naszych istnień to jakiemuś mężczyźnie przyjdzie w końcu stanąć u Jej boku jako mąż i ojciec. Zazdrości o to, czego nie potrafiłem czy nie umiałem dać Jej by czuła się spełniona. Ale nie ma w tym zawiści a raczej radość, że kobieta mojego życia będzie nareszcie szczęśliwa. Że komuś się uda to co nie wyszło mi…

I na mnie przyjdzie też czas kiedyś. Na to by się otworzyć na kogoś, kto będzie się czuł ze mną dobrze. Kogoś kto będzie w stanie u mego boku kroczyć przez życie z radością w myślach i na twarzy. Kogoś kto będzie przy mnie zasypiać czując upragniony spokój i śnić będzie bez obaw o nadchodzące jutro. Kogoś kto będzie witać ze mną nowy dzień z pełnią nadziei, że cokolwiek przyniesie będzie udanym bo będę w nim ja. Bo stanę się uzupełnieniem czyjegoś sensu życia. Wierzę w to…

Wierzę tak samo mocno jak w to, że to co nas spotyka nie dzieje się bez powodu, że jest w tym jakiś sens choć nie zawsze dla nas zrozumiały. Że może ma to być jakąś nauką dla nas samych i/lub dla tych których spotykamy na drodze swojego życia.

Może właśnie tak ma być…

 

Nie czuję się zbyt szczęśliwy bo bez ukochanego człowieka ciężko jest żyć, ale mimo to mam dobre życie, choć niełatwe.

Złe chwile miną… Już ich jest mniej. Potrzeba jedynie na to jeszcze trochę czasu.

A mi nie brak cierpliwości…

 

 

:)


  • RSS